Wielu czytelników z pewnością kojarzy nazwisko Jima Corbetta, wielkiego łowcy tygrysów ludojadów w Indiach. Znacznie mniej znany jest Harry Caldwell, który wsławił się w polowaniu na te drapieżne koty w południowo-wschodnich Chinach. 48 położonych przez niego tygrysów robi jeszcze większe wrażenie niż 33 osobniki (w tym dwa lamparty) na rozkładzie u Corbetta.
Myśliwi prawdopodobnie się nie znali i nigdy nie spotkali, a przynajmniej nie ma po tym śladu w książkach ich autorstwa. Choć obaj działali na początku XX w., to dzieliło ich prawie 4 tys. km. Caldwell w wydanym niedawno nakładem AtraWorld „Błękitnym tygrysie” zdradza m.in., że preferowany w Indiach sposób łowów na tygrysy, który polega na strzelaniu z platform na grzbietach słoni, w jego górzystym terenie by się nie sprawdził. Wiemy jednak, że Corbett właśnie w Indiach zasadzał się przy padlinie lub przynęcie w postaci żywego zwierzęcia. Taką samą metodę jako najskuteczniejszą wypracował niezależnie także Caldwell (w jednym z rozdziałów omawia subtelności łowów na tygrysy). Jak podkreślał, polowanie w sposób najbardziej zbliżający do zwierza pozwala odkrywać jego „historię, życie i migrację”.
Autorowi „Błękitnego tygrysa” nie przyświecała chęć zdobywania trofeów czy zarabiania na, jak wierzono, leczniczych częściach tuszy drapieżników. Chodziło mu jedynie o pomoc ludności i realizację celu badawczego (jego zdobycze zasilały zbiory amerykańskich muzeów). Caldwell pisze, że dojście do legowiska tygrysa okazało się dla niego o wiele wartościowszym doświadczeniem niż zastrzelenie kilku wspaniałych okazów. W pewnym momencie porzucił nawet sztucer na rzecz kamery, by dokumentować życie królewskich kotów, ale większość jego nagrań przepadła w związku z wybuchem wojny.
Doprawdy zdumiewająca jest postać tego myśliwego, który do Chin przybył jako misjonarz metodysta. Był jednak zapalonym myśliwym i nic nie stało na przeszkodzie, aby w wolnych od pracy ewangelizacyjnej chwilach oddawał się łowieckiej pasji. Dość łatwo przyszło mu przekonanie tubylców, że skoro jego broń jest lepsza od miejscowej, to i jego wiara ma przewagę nad religią ich przodków. Z kolei ubicie pierwszego tygrysa, który terroryzował wieśniaków, otworzyło mu zupełnie nową drogę do głoszenia doktryny Chrystusa i rozprawiania się z zabobonami. Warto nadmienić, że pierwszego kota Caldwell położył śrutem! Podkreślał jednak, że nigdy więcej by tego nie powtórzył. Nie czuł przy tym obaw przed wyprawianiem się na przeszło stukilogramowe drapieżniki z amunicją w kalibrze .22 Savage Hi-Power (5,6x52).
Od chwili potwierdzenia obecności tytułowego błękitnego tygrysa Caldwell kilkukrotnie podejmuje próby jego zdobycia. Zastanawia się wówczas, czy nie jest to nowy, dotąd nieodkryty gatunek. Dziś uważa się, że kot o tajemniczym maltańskim umaszczeniu był rzadką odmianą barwną skrajnie zagrożonego tygrysa południowochińskiego. W polowaniu, a właściwie próbie odłowienia żywego zwierzęcia towarzyszy Caldwellowi sam Roy Chapman Andrews (wspólnie odbyli również wyprawę myśliwską po Chinach i Mongolii) – dyrektor Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku, który opatrzył książkę wstępem. Na jej kartach znalazło się też jego opowiadanie relacjonujące poszukiwania „Wielkiego Niewidzialnego”.
Caldwell w „Błękitnym tygrysie” dzieli się nie tylko polowaniami na ludojady, lecz także wspomnieniami z łowów na seraua (podrodzina antylop), dzikie owce, jelenie kaspijskie (zwane maralami) czy dziki. W polskiej edycji książki wydawca zrezygnował z dwóch rozdziałów poświęconych hunhuzom, czyli chińskim bandytom. W ich miejsce pojawia się natomiast opowiadanie autorstwa syna Harry’ego – Johna C. Caldwella – pod znamiennym tytułem „Nasi przyjaciele tygrysy”.
Książkę (159 str., oprawa miękka,format 236 x 167 mm)
ADep | Brać Łowiecka 03/2022






